
— Czy ma pani żabkę? Takie narzędzie? — spytał Winston zbadawszy zakrętkę przy kolanku.
— Żabkę? — powtórzyła pani Parsons, natychmiast tracąc resztki wiary w siebie. — Nie wiem, nie jestem pewna. Może dzieci…
Rozległ się tupot butów, kolejny przenikliwy świst na grzebieniu i dzieci wpadły do salonu. Pani Parsons przyniosła żabkę. Winston wypuścił wodę i z obrzydzeniem wyciągnął zlepek włosów, który zatykał odpływ. Umył ręce najlepiej jak mógł w zimnej wodzie płynącej z kranu i wrócił do pokoju.
— Ręce do góry! — ryknął bezlitosny głos.
Dorodny dziewięcioletni urwis wyskoczył zza stołu, grożąc Winstonowi dziecinnym pistoletem maszynowym, podczas gdy jego o dwa lata młodsza siostrzyczka celowała w Winstona z kawałka patyka. Oboje mieli na sobie granatowe spodenki, szare bluzy i czerwone chusty — umundurowanie Kapusiów. Winston podniósł ręce nad głowę, ale zrobiło mu się nieswojo, gdyż zachowanie malców było tak zajadłe, jakby wcale nie chodziło o zabawę.
— Zdrajca! — wrzeszczał dzieciak. — Myślozbrodniarz! Eurazjatycki szpicel! Zastrzelę cię, ty łajdaku, ewaporuję, wyślę do kopalni soli!
Nagle oboje — dziewczynka naśladowała każdy gest brata — zaczęli skakać wokół niego i krzyczeć: „Zdrajca! Myślozbrodniarz!” W ich zachowaniu było coś przerażającego, tak jak w igraszkach tygrysich szczeniąt, które niegdyś wyrosną na ludojady. Z oczu chłopca biła jakaś rozmyślna zaciekłość, całkiem wyraźna chęć uderzenia lub kopnięcia Winstona i świadomość, że już wkrótce będzie dość duży, aby to uczynić. Winston czuł ulgę, iż pistolet chłopaczka jest tylko zabawką.
